Podsumowanie wyzwania 30 dni bez cukru dodanego

Może niektórzy z Was pamiętają, że na początku listopada na moim Instagramie zadeklarowałam że podejmuję kolejne 30-dniowe wyzwanie, tym razem dotyczące odżywiania – postanowiłam nie spożywać cukru dodanego (przypomnę że moje poprzednie wzywania to lipiec bez plastiku, pisałam o tym tutaj; oraz minimalistyczny wrzesień o którym pisałam tutaj). 30 dni wyzwania już za mną i dziś chciałabym podzielić się z Wami moimi wrażeniami.

O co chodziło i dlaczego podjęłam to wyzwanie?

O szkodliwości i wszędobylstwie cukru chyba nikomu już nie trzeba przypominać – dodawany jest niemal do wszystkich produktów spożywczych jako tani zapychacz, środek konserwujący, poprawiający smak i… uzależniający konsumenta. Smutna prawda jest taka, że cukier uzależnia bardzo silnie i że większość z nas spożywa go w ilościach o wiele za dużych, niż nasz organizm jest w stanie przetworzyć – jeśli macie ochotę poczytać trochę więcej na ten temat polecam zajrzeć tutaj – KLIK. Przyjęta przez naukowców bezpieczna ilość spożywanego cukru (dla ludzi zdrowych, niechorujących na cukrzycę, grzybicę ogólnoustrojową itd.) to ok. 4-5 łyżeczek dziennie. Czyli mniej więcej tyle co znajdziemy w 1 dojrzałym bananie lub 2 średnio słodkich jabłkach. Bo cukier zawarty w owocach to też cukier – na szczęście jednak idący w parze z błonnikiem, witaminami, minerałami i antyoksydantami, więc przyjmuje się, że (ponownie u ludzi zdrowych) jego wpływ na organizm, nie jest aż tak niszczycielski. Dlaczego cały czas podkreślam, że chodzi o osoby zdrowe? Kilka lat temu walczyłam z drożdżakiem candida i musiałam przejść na bardzo restrykcyjną dietę, bardzo ograniczającą spożycie węglowodanów i wykluczającą spożycie cukrów prostych (z owoców mogłam jeść tylko kwaśne jabłka, granaty, grejpfruty i cytryny). Na szczęście ten czas mam już za sobą, ale niedawno wpadłam w ponowny nawyk jedzenia słodyczy niemal codziennie – a to wegańska czekoladka (przeładowana cukrem) a to wegańskie ciasteczko itd. W pewnym momencie wystraszyłam się, że candida może się odnowić i postanowiłam zrobić sobie mały detox od cukru dodanego. Tym razem powiedziałam jednak tak wszystkim owocom, a nie wszelkim słodyczom, sokom (nawet tym świeżo wyciskanym, bo są pozbawione błonnika i to w zasadzie cukier w płynie), nie produktom zawierającym cukier dodany np. ketchup. Zrezygnowałam też z zamienników cukru typu ksylitol, stewia, syrop klonowy, daktylowy itd. Postanowiłam jeść słodycz tylko w jej naturalnej postaci czyli owoce świeże i suszone.

Jak mi poszło?

Myślę, że bardzo dobrze 🙂 Oczywiście, żeby nie było, zaliczyłam kilka wpadek (gałka lodów w święto, ciasteczko na plotkach u przyjaciółki, „gryz” batona białkowego od mojego chłopaka, kosteczka czekolady od koleżanki w pracy i chyba ze 2 kosteczki czekolady w domu). Ale jeżeli każdy miesiąc by tak wyglądał, to uważam że byłoby nieźle. Co ciekawe te kilka drobnych „grzeszków” jakimś cudem nie wywołały reakcji typu „wyzwanie przepadło, teraz rzucam się na wszystko co słodkie”. Po prostu obserwowałam sytuacje w jakich mi się to przydarzało (była głodna, nie miałam nic innego pod ręką, byłam ciekawa smaku czegoś, nie chciałam zrobić komuś przykrości). Z tych sytuacji wyciągałam wnioski na przyszłość, o których napiszę za chwilę. Ogólnie jestem z siebie zadowolona – mogło być oczywiście lepiej, ale mogło też być dużo gorzej – a nie było, więc za to sobie dziękuję 🙂

Co jadłam i co było wyzwaniem?

Ogólnie jadłam wszystko to co do tej pory – wszelkie owsianki, smoothie, jaglanki, zupy, pieczone warzywa, kanapki z wegańskimi pastami itd. Na moim profilu na Instagramie zapewne zauważyliście, że na śniadanie często pojawiał się smootiebowl – tak, przyznam że lubię słodkie śniadania. Myślę, że w ciągu roku 70% moich śniadań to śniadania słodkie, a tylko 30% wytrawne. Smoothiebowl był dla mnie prawdziwą ucztą i nagrodą w czasie tego 30-dniowego wyzwania – uczta dla oczu i podniebienia. Plus słodycz i witaminy z owoców. A jadłam ich w tym czasie bardzo dużo – może nawet trochę za dużo, ale czułam się i dalej czuję się dobrze, więc zakładam że wszystko jest ok 🙂 Dodatkowo zauważyłam, że przez w czasie pierwszych dwóch tygodni wyzwania, kiedy głód cukrowy doskwierał nieco bardziej, jadłam bardzo dużo wszelkich maseł orzechowych – robiłam sobie z nimi kanapki, nadziewałam daktyle, wyjadałam łyżeczką ze słoika. Plus tego jest taki, że skutecznie powstrzymywało mnie to przed sięgnięciem po słodycze – minus – nie powinno się spożywać masła orzechowego (i orzechów) w nadmiernych ilościach – są one dość ciężkostrawne. Jednak po dwóch tygodniach mój apetyt na takie specjały ustabilizował się i teraz jem je z umiarem. Inna obserwacja: ciepłe dania pomagają opanować głód cukrowy – zupy, pieczone warzywa, wegańskie leczo sprawdzają się świetnie. Pewnie istnieje jakieś naukowe wyjaśnienie tego faktu, ale nie sprawdzałam – ważne że działa 🙂 Naturalnie zdarzały mi się momenty kryzysowe (zwłaszcza popołudniami i oczywiście przed okresem) – wtedy z pomocą przychodziły daktyle – wystarczyło zjeść 1 lub 2 i głód cukrowy mijał. Fakt, że daktyle zawierają mnóstwo cukru – niemniej zawierają też błonnik i potas, które są naszemu organizmowi bardzo potrzebne i tak naprawdę nie da się ich zjeść za dużo. Inną alternatywą były też ciepłe napary z pomarańczy i cynamonu oraz ziołowe.

Wnioski, podsumowanie, samopoczucie

Ciekawostką jest, że tylko odstawiając słodycze i soki, a zastępując je dużą ilością owoców i trochę za dużą ilością masła orzechowego w ciągu minionego miesiąca schudłam 1 kg. Nie było to moim celem, ale tak się zdarzyło, więc dzielę się z Wami tą obserwacją. Poza momentami kiedy głód słodyczy doskwierał mi nieco bardziej, czułam się naprawdę dobrze – czyli w zasadzie tak jak zazwyczaj, więc tu dużej różnicy nie ma. Czego się nauczyłam? Tego, że należy jeść regularnie, aby nie dopuszczać do powstania wilczego głodu, który powoduje, że hamulce puszczają i człowiek rzuca się na pierwsze lepsze napotkane ciastko. Tego, że czasami warto odczekać 10 minut i samo przechodzi. Tego, że bez cukru dodanego naprawdę da się żyć i że nie trzeba się biczować za małe wpadki – one będą się zdarzać (hej, idą święta), ale grunt to pozbierać się po takiej wpadce i iść dalej 🙂

Zamierzam kontynuować to wyzwanie i spożywać produkty z cukrem dodanym tylko „od święta” – te 30 dni pokazało mi, że jest to możliwe. A już niedługo na blogu pojawi się przepis na wegańskie surowe brownie, które jest naprawdę pyszne i oczywiście bez cukru dodanego 😉

Pozdrawiam serdecznie!

Gosia

P.S. Chciałabym podjąć jakieś kolejne wyzwanie w styczniu – macie jakieś pomysły? Myślałam o czymś w stylu „8 szklanek wody dziennie” bo zimą zapominam się nawadniać. Dajcie znać co myślicie 😉

Spread the love

Dodaj komentarz