Moje wrażenia z alkalicznego detoksu wg Beaty Sokołowskiej

Może niektórzy z Was pamiętają, że na początku marca wspomniałam na moim profilu na Instagramie oraz na fanpage na FB, że pierwszą połowę marca poświęcam na alkaliczny detoks oraz przerwę do social media. Dziś chciałabym podzielić się z Wami wrażeniami z tego czasu 🙂

Detoks dla ciała

Część z Was wie, że od paru lat jestem na diecie roślinnej i może się to niektórym wydawać dziwne, dlaczego w ogóle zdecydowałam się na detoks – jeżeli chcecie poczytać o powodach które mną kierowały, odsyłam tutaj – http://www.myecoego.pl/dlaczego-przeprowadzam-detoks/. Detoks zaczęłam w poniedziałek 4 marca – przez dwa pierwsze dni jadałam wszystkie owoce i krupnik jaglany (który jest naprawdę bardzo smaczny i chętnie jadam go na co dzień). Tym razem nie popełniłam tego samego błędu jaki popełniłam kiedy po raz pierwszy przeprowadzałam alkaliczny detoks – mianowicie nie kontrolowałam ubytku wagi i za długo zwlekałam z zakończeniem detoksu, co skończyło się osłabieniem i frustracją. Dlatego nauczona doświadczeniem tym razem postanowiłam się ważyć codziennie 🙂 Waga początkowa to 52,5 kg (przy wzroście 166 cm, więc nie mogłam pozwolić sobie na zbyt duży ubytek, bo moje BMI to jakieś 19,1 co oznacza jestem tylko nieco ponad granicą niedowagi). *Gwoli wyjaśnienia – jeszcze ok. dwa lata temu ważyłam 54 kg, co wg mojej pani dietetyk jest moją idealną wagą. Niestety w lipcu 2017 byłam w podróży służbowej w Indiach gdzie bardzo zachorowałam – bakteria, prawdopodobnie z wody (zapomniałam się i wypłukałam zęby wodą z kranu zamiast z butelki i to wystarczyło…) potem krwawienie z jelit, ogromny ból brzucha uniemożliwiający poruszanie się i oczywiście jak się domyślacie pobyt w szpitalu plus antybiotykoterapia. Wtedy schudłam jakieś 5 czy 6 kg i od tamtego czasu nie udaje mi się osiągnąć moich docelowych 54 kg. Ale wróćmy do sedna sprawy czyli naszego detoksu – po dwóch dniach jedzenia krupniczku musiałam przejść na jedzenie tylko produktów z listy dozwolonych – czyli większości warzyw, niektórych owoców, codziennie obowiązkowa porcja kiszonek oraz większości przypraw i ziół – szczegóły znajdziecie TUTAJ. Moim ulubionym posiłkiem w tym czasie było jarskie leczo a na śniadanie chętnie jadłam zielone smoothie (jarmuż, woda, sok z cytryny, kiwi, jabłko) albo gotowane jabłko posypane cynamonem. Oprócz tego często sięgałam także po czerwony barszczyk, surową marchew do chrupania, grejpfrut. Na zdjęciach moje przykładowe posiłki (łącznie z krupnikiem na zdjęciu tytułowym, którym zaczynałam i kończyłam detoks).

Jedzenie podczas alkalicznego detoksu jest bardzo smaczne i bardzo lekkie. Można jeść do woli (oczywiście tylko produkty z listy dozwolonych) – ja najadałam się dość szybko, ale też szybko robiłam się głodna. Starałam się też pić dużo płynów, ale nie miałam ochoty na wodę – częściej więc sięgałam po napary i herbatki ziołowe. Część „właściwa” detoksu, czyli ta owocowo-warzywna była przewidziana na 10 dni. Niestety w moim przypadku ubytek wagi po 4 dniach (czyli w niedzielę 10 marca) był już tak duży (ważyłam 50 kg), że musiałam przejść na łagodniejszą formę detoksu, czyli na detoks jaglany. Ma on również działanie alkalizujące, ale ubytek wagi jest już znacznie mniejszy i wolniejszy – ja zaczęłam odzyskiwać wagę i 16 marca ważyłam już 51,8 kg. W niedzielę 17 marca jadłam już „normalnie” (moje normalnie ;)) bo odwiedziliśmy rodziców mojego chłopaka i tam czekało specjalnie na mnie ciasto pomidorowe z przepisu z Jadłonomii – nie mogłam się oprzeć 😉

W czasie samego detoksu, oprócz tego że byłam głodna i lekko osłabiona, czułam się dobrze. Nie bolała mnie głowa (wiele osób doświadcza bólu głowy w tym okresie, ale u mnie się to nie pojawiło), nie miałam nudności itp. Co do rezultatów, to najbardziej liczyłam na zniknięcie cellulitu, ale niestety nie powiodło się :p Może za krótko byłam na części owocowo-warzywnej, ale jak wspomniałam, nie chciałam już więcej chudnąć. Niemniej zaobserwowałam u siebie jeden bardzo ważny rezultat, który wiążę właśnie z detoksem. Nie bez powodu pisałam wyżej o mojej niemiłej przygodzie podczas podróży służbowej 2 lata temu. Od tego czasu, od czasu do czasu, po wizycie w toalecie zdarzało mi się zaobserwować krew na papierze. Moja pani doktor wiąże to właśnie z niedoleczeniem jelit po tamtej infekcji, ale szczegółowe badania (u różnych specjalistów) i diagnostyka nie wykazały stanu zapalnego ani nieprawidłowości w jelicie. Jednak od czasu przeprowadzenia detoksu (i w trakcie jego trwania, czyli już miesiąc) nie widuję już krwi na papierze – odpukać 🙂

Detoks dla ducha

Myślałam że ta część będzie trudniejsza – że strasznie będzie mnie kusiło by zajrzeć na Facebooka albo na Instagrama (bo tylko z tych dwóch zrezygnowałam na czas detoksu, sprawdzałam zaś maila, pisałam posty na bloga i czasami oglądałam YT; Twittera i Snapchata nie posiadam). Faktycznie na początku łapałam się na tym że zupełnie bezrefleksyjnie klikam na ikonki Insta i FB na moim telefonie! Jakiś straszny bezwarunkowy odruch! Zdarzyło mi się to jakieś 3 czy 4 razy w czasie tych 2 „detoksowych” tygodni, ale oczywiście natychmiast wyłączałam dziwiąc się swojemu brakowi uważności. Albo sile przyzwyczajenia… Z tego detoksu od social media cieszę się chyba bardziej niż z tego dla ciała. Był to dla mnie czas wypełniony spokojem i czytaniem książek po pracy. Fakt, ominęło mnie parę fajnych wydarzeń (które widać w dzisiejszych czasach ogłaszane są już tylko na FB), ale nie miałam z tego powodu jakiś strasznych wyrzutów sumienia (niech żyje JOMO! ;)). Po tych dwóch tygodniach bez FB i Insta zauważyłam że zaglądam tam znacznie rzadziej – i dobrze, staram się nie wkręcić w dawny nawyk wchodzenia tam 10 razy dziennie.

Podsumowując jestem bardzo zadowolona z tego że zdecydowałam się na oba detoksy i na pewno oba zamierzam jeszcze powtórzyć w tym roku. Alkaliczny pewnie znów będzie krótszy niż ustawa przewiduje (chyba że jakimś cudem przytyję ze 3-4 kilo), a od mediów społecznościowych może będę robić regularne krótsze detoksy – takie weekendy offline, jak ten 😉 http://www.myecoego.pl/weekend-offline-i-ksiazki-czerwca/

Ogólnie bardzo polecam oba i dajcie znać jeśli macie jakieś pytania 🙂

Spread the love

2 Replies to “Moje wrażenia z alkalicznego detoksu wg Beaty Sokołowskiej”

  1. Jak zwykle bardzo inspirujący tekst 🙂 Ja myśle o detoksie od jakiegoś czasu. Dowiaduje się jakie są możliwości i zastanawiam co byłoby dla mnie najlepsze. Kusi mnie myśl oczyszczenia organizmu i umysłu, bo podobno człowiek czuje się po detoksie jak nowo narodzony w wielu aspektach, nie tylko cielesnych. Jedyne co mnie do tej pory odwodziło, to właśnie strach przed utratą kilogramów. Od lat jestem na granicy niedowagi z wagą właściwą i kazdy kologram mniej powoduje u mnie dyskomfort. Dziękuję, że podzieliłaś się swoim doświadczeniem, bo teraz wiem, że można to odpowiednio zbilansować, żeby nie zostały na człowieku skóra i kości 😉 Pozdrawiam!

    1. Możesz Monia zajrzeć do książek Marka Zaremby, jego detoksy są łagodniejsze i nie powodują takiej utraty kilogramów 🙂

Dodaj komentarz